A A A | | < wróć

22.12.2016 - Szwedzi wolą naprawić, niż wyrzucić

Umiesz naprawiać rowery? A może masz zdolności krawieckie lub chętnie majsterkujesz? Szwedzi planują rewolucję w usługach naprawczych, a w jej centrum mają się znaleźć bezrobotni imigranci.

 

Podczas pobytu w Szwecji w oczy rzuca się olbrzymia liczba loppisów, czyli sklepów z używanymi ubraniami, meblami, sprzętami domowymi. Prowadzą je osoby prywatne i fundacje, emeryci i młodzi na dorobku, a czasem ośrodki pomagające trudnej młodzieży czy osobom z nałogami, które mogą znaleźć w takim miejscu pracę. Większy sklep tego typu często wymaga pomocy „złotej rączki”: do montowania mebli w domu klienta, ale też naprawiania niedziałających mikserów, doprowadzania naczyń do stanu używalności czy łatania dziur w ubraniach. Z drugiej strony mamy szwedzkie śmietniska, na których można znaleźć stosy porzuconych, ale wciąż działających, lub wymagających tylko lekkiego liftingu lub drobnych napraw sprzętów. W tym bogatym społeczeństwie wielu wciąż woli wyrzucić i kupić nowe, niż fatygować się do loppisu i poświęcać czas na poszukiwania. Od przyszłego roku to może się zmienić.

 

Dla osób bez wykształcenia

We wrześniu br. do szwedzkiego parlamentu trafiła rewolucyjna w swoich założeniach ustawa. Po pierwsze, stawka VAT nałożona na naprawy ubrań, butów i rowerów ma spaść o ponad połowę, z dotychczasowych 25 do 12%. Poza tym ci, którzy zdecydują się powierzyć komuś naprawę pralki, lodówki, piekarnika czy zmywarki, mogliby sobie odliczyć od podatku połowę kosztów robocizny. Z rządowych szacunków wynika, że w ten sposób koszt naprawy dla odbiorcy spadłby średnio z 400 do 350 koron. Sceptykom obniżka nie wydała się na tyle duża, by projekt był interesujący, jednak rząd twierdzi, że przyświeca temu wyższy cel. A konkretnie dwa. Po pierwsze, to ekologicznie zorientowane państwo chce ograniczyć zakup co kilka lat nowych sprzętów i bezsensowne wyrzucanie starych, by zmniejszyć negatywny wpływ na środowisko. Jednak co ważniejsze, rozwój przemysłu „naprawczego” ma dać miejsca pracy nowo przybyłym imigrantom, spośród których wielu nie ma żadnego formalnego wykształcenia.

 

Domowy warsztat

Przyjmując, że osoba, która naprawiałaby rowery czy pralki, miałaby dwa zlecenia dziennie, to (odliczając pracę w weekendy) zarobiłaby 16 tys. koron, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi szwedzka pensja minimalna. Czy mogą na tym skorzystać Polacy? O ile nie powstanie rodzaj „centrali rzemieślniczej”, raczej nie należy się spodziewać fali ogłoszeń tego typu w naszych urzędach pracy. Ze wstępnych założeń bowiem wynika, że będzie chodziło raczej o wspieranie powstawania małych, czasem nawet domowych zakładów. To dobra wiadomość dla osób, które już w Szwecji są lub i tak zamierzają się tam wybrać do pracy. Popyt na takie usługi może znacznie wzrosnąć, zwłaszcza jeśli chodzi np. o tak popularne w tym kraju rowery, których naprawa w salonie firmowym kosztuje często tysiące koron. Pracownik, który podejmie pracę sezonową lub przeprowadza się do Szwecji, będzie mógł więc bez problemu zająć się naprawami w swojej okolicy. To szczególnie pozytywna wiadomość dla osób, które mają „smykałkę” do napraw, ale brak wykształcenia kierunkowego i zastanawiały się dotychczas, jak mogłyby przekuć swoją pasję w biznes.


Sonia Grodek, miesięcznik Praca za granicą, portal www.pracazagranica.pro

 



euro-punkt.pl on Facebook